|
Się okaże
wtorek, 15 maja 2012
Wiedeń ciągle mnie zaskakuje pomysłami na miejski wypoczynek. Rok temu widziałam dmuchane poduchy porozkłądane wokół małego stawu. Można było wyciągnąć kości po długich spacerach. Niektórzy spędzali tam chyba więcej, niż chwilę...
Wiedeń, 2011; w głębi Kościół św. Karola Boromeusza (Karlskirche)
sobota, 21 kwietnia 2012
"Korekty" Franzena mnie zachwyciły. Nie mogłam się doczekać "Wolności", która wiecznie była wypożyczona. W końcu dostałam ją i - to muszę przyznać - przeczytałam błyskawicznie! Można dużo zarzucać Franzenowi, ale warsztatu nie można mu odmówić. Jego powieści są przede wszystkim napisane rzetelnie, sprawnie, wciągająco. To się po prostu samo czyta! "Wolność" jednak nie zdetronizowała "Korekt" w moim osobistym rankingu, a nawet trochę mnie rozczarowała. Rozumiem, że oczekiwania wobec niej były spore. Jak napisać książkę po bestsellerze - żeby była taka sama, ale jednak już inna? Franzen jeszcze raz bierze na warsztat życie amerykańskiej rodziny. Jeszcze raz poświęca niemal każdemu jej członkowi należną mu część powieści zmieniając perspektywy. Może właśnie ten temat czyni pisarstwo Franzena tak uniwersalnym - to najbardziej pierwotne relacje międzyludzkie. W niektórych recenzjach czytałam, że najciekawszy jest wątek perypetii miłosno-małżeńskich trójkąta Berglundowie-Katz. Rzeczywiście, kipi tam od emocji, ale dzięki mistrzowskim umiejętnościom pisarza, powieść ani na chwilę nie wpada w utarte koleiny romansowych schematów. To jest właśnie to, co najbardziej u Franzena podziwiam - umie namalować przysłowiowy zachód słońca tak, by nie był kolejnym kiczowatym obrazkiem. Z drugiej strony wiele rozterek bohaterów, szczególnie dotyczących spraw społecznych i ekologii, wydają się być odległymi dylematami rozpieszczonej wyższej klasy średniej. Nie bardzo rozumiem intencje Franzena co do tych aspektów. Z jednej strony przynudza teoretycznymi pasażami, z drugiej strony wręcz ironizuje z zaangażowania bohaterów (np. anty-kociej krucjaty Waltera). Przekonująco pisać o ideach (zwłaszcza tych "słusznych") to sztuka, na której poległo sporo współczesnych pisarzy. Dziś już nikt nie kupi bez zastrzeżeń propagandowej pogadanki. Podobnie ma się rzecz z tytułem. "Wolność" to zbyt oczywista podpowiedź, jak odczytać powieść, wydaje mi się wręcz megalomańska. Z jednej strony Franzen odżegnuje się od kategorii Wielka Amerykańska Powieść, z drugiej strony już sam tytuł sugeruje intencję stworzenia powieści totalnej. Mimo to już czekam na następne dzieła pisarza. I zapewne poczekam jeszcze kilka lat!
niedziela, 25 marca 2012
Czasopisma muszę oswajać, poczuć się jak u siebie między stałymi rubrykami, czcionką i formatem. Nie jest łatwo osiągnąć idealne proporcje obrazu i słowa, treści i formy i chyba jeszcze nie znalazłam mojego czaspisma idealnego. Gdy się przyzwyczaję, jestem wierna, choć miewam skoki w bok, podczytuję tu i ówdzie, w różnych językach. Najbardziej jednak relaksuję się czytając po polsku, dlatego jednym z żelaznych punktów wizyt w Polsce jest buszowanie między prasowymi regałami. Jeszcze przed odlotem kupuję "na zapas", pod pretekstem pozbycia się drobnych z portmonetki. Czy muszę zatem dodawać, że tym trudniej mi pozbywać się takich rarytasów z domowych półek? O ile tygodniki wyrzucam (późno, bo późno, ale regularnie), o tyle czasopisma podróżnicze - wydawało mi się - świetnie się nadają do przechowywania, kolekcjonowania, wracania do nich. Taka iluzja każdego zbieracza... W ramach moich ostatnich fascynacji minimalizmem postanowiłam jednak pozbyć się WSZYSTKICH czasopism. Uff, sama w to nie wierzę, czekam na fanfary... Przy okazji (bo przecież MUSZĘ je przejrzeć po raz OSTATNI, czyli wróć do początku tekstu ;) ) odkryłam kilka kwiatków z zamierzchłej epoki polskiej prasy podróżniczej. Sama nie mogłam w to uwierzyć, jak marną szatę graficzną miały niektóre tytuły, np. poniższy "Poznaj Świat". Jak można mieszać tyle czcionek w jednej okładce? Jak można zostawiać takie "dziury" w kompozycji? Jak można zapowiedzieć jedynie 2 tematy? Nie wspomnę o marnej jakości zdjęciu.
Znalazłam też czasopismo "Świat i podróże", którego, prawdę mówiąc w ogóle nie kojarzę z kiosków. I raczej nie będę go poszukiwać. Zdjęcie tu całkiem przyjemne i okładka ciut lepsza, choć nadal mało informacyjna. Widać brak koncepcji, brak pomysłu. Nie pamiętam, skąd ten spis treści, ale to świetny przykład, jak NIE POWINIEN on wyglądać: "Jak ryba w wodzie" to artykuł o rzece, rybie, wywiad czy fotoreportaż?? Albo "Toczy się koło za kołem" czy "Kraina w kratę"... Same teksty też są pełne smaczków. Przełknęlam (nomen omen) stwierdzenie, że roti przypominają ciepłe i wilgotne ścierki (sic!). Mój absolutny faworyt to: "W Chinach czuliśmy się nieco zagubieni - ludzie jeżdżą tu na rowerach i mówią po chińsku" Czy wymaga komentarza?
piątek, 03 lutego 2012
Moim zagranicznym przyjaciołom zawsze się chwaliłam, że tylko w Polsce dwa literackie Noble razem na wódkę chodzą. Pierwszy z tego towarzystwa odszedł Miłosz, a teraz i Szymborska... Wolę myśleć, że impreza się przeniosła w zaświaty. Nie wiem, jak ona to robiła, że będąc osobą publiczną i sławną, jednocześnie sprawiała wrażenie tak bliskiej. Ciepło, humor, (auto)ironia - lubię patrzeć na świat jej oczami. Rzadko ponoć zgadzała się na publiczne wystąpienia, tym bardziej ucieszyłam się na spotkanie z nią w 2010 roku na praskich Targach Książki. Niestety organizatorzy chyba nie zdawali sobie sprawy, jakim zainteresowaniem będzie się to spotkanie cieszyło i zorganizowali je w małej salce wydzielonej z hali targowej. Ścisk był straszny, nagłośnienie fatalne, ale i tak ciepło je wspominam.
Przywiozłam ze sobą do Indii kilka jej wierszy, z których zwłaszcza jeden bardzo odzwierciedlał moje tutejsze rozterki, moje zwątpienie w objęcie tej rzeczywistości. Naprawdę zaczynałam wierzyć, że brakuje mi jakiegoś zmysłu, by dojrzeć w Indiach to, o czym słyszałam od innych. Nie wiem, czy to przypadkiem nie jest naruszenie praw autorskich, ale pozwolę go sobie tu zapisać w całości: ROZMOWA Z KAMIENIEM Pukam do drzwi kamienia. - To ja, wpuść mnie. Chcę wejść do twego wnętrza, rozejrzeć się dokoła, nabrać ciebie jak tchu.
- Odejdź - mówi kamień. - Jestem szczelnie zamknięty. Nawet rozbite na części będziemy szczelnie zamknięte. Nawet starte na piasek nie wpuścimy nikogo.
Pukam do drzwi kamienia. - To ja, wpuść mnie. Przychodzę z ciekawości czystej. Życie jest dla niej jedyną okazją. Zamierzam przejść się po twoim pałacu, a potem jeszcze zwiedzić liść i kroplę wody. Niewiele czasu na to wszystko mam. Moja śmiertelność powinna cię wzruszyć.
- Jestem z kamienia - mówi kamień - i z konieczności muszę zachować powagę. Odejdź stąd. Nie mam mięśni śmiechu.
Pukam do drzwi kamienia. - To ja, wpuść mnie. Słyszałam, że są w tobie wielkie puste sale, nie oglądane, piękne nadaremnie, głuche, bez echa czyichkolwiek kroków. Przyznaj, że sam niedużo o tym wiesz.
- Wielkie i puste sale - mówi kamień - ale w nich miejsca nie ma. Piękne, być może, ale poza gustem twoich ubogich zmysłów. Możesz mnie poznać, nie zaznasz mnie nigdy. Całą powierzchnią zwracam się ku tobie, a całym wnętrzem leżę odwrócony.
Pukam do drzwi kamienia. - To ja, wpuść mnie. Nie szukam w tobie przytułku na wieczność. Nie jestem nieszczęśliwa. Nie jestem bezdomna. Mój świat jest wart powrotu. Wejdę i wyjdę z pustymi rękami. A na dowód, że byłam prawdziwie obecna, nie przedstawię niczego prócz słów, którym nikt nie da wiary.
- Nie wejdziesz - mówi kamień - Brak ci zmysłu udziału. Żaden zmysł nie zastąpi ci zmysłu udziału. Nawet wzrok wyostrzony aż do wszechwidzenia nie przyda ci się na nic bez zmysłu udziału. Nie wejdziesz, masz zaledwie zamysł tego zmysłu, ledwie jego zawiązek, wyobraźnię.
Pukam do drzwi kamienia. - To ja, wpuść mnie. Nie mogę czekać dwóch tysięcy wieków na wejście pod twój dach.
- Jeżeli mi nie wierzysz - mówi kamień - zwróć się do liścia, powie to, co ja. Do kropli wody, powie to, co liść. Na koniec spytaj włosa z własnej głowy. Śmiech mnie rozpiera, śmiech, olbrzymi śmiech, którym śmiać się nie umiem.
Pukam do drzwi kamienia. - To ja, wpuść mnie.
- Nie mam drzwi - mówi kamień.
Po kilku miesiącach dostałam od tutejszego znajomego prezent: wybór wierszy Szymborskiej w podwójnej edycji: po polsku i w hindi. Znajomy sam go dostał w prezencie, ale nie był nim zbyt zainteresowany, więc przekazał mi. Stąd mój apel: bez wahania puszczajcie niechciane prezenty w obieg! Tylko tak mają szansę trafić na kogoś, kto się z nich ucieszy. Ja się ucieszyłam bardzo!!
wtorek, 17 stycznia 2012
Jarosław Kret (aż chciałoby się dodać: sympatyczny pogodynek, bo bardzo w kontekście pasuje) Indiom tych wyrzutów nie czyni. Prawdę powiedziawszy, nic im nie wyrzuca, nic nie krytykuje, na wszystko znajdzie wytłumaczenie, niektóre nawet sam wymyśla. Albo mu się tak wydaje: Po pewnym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że święte krowy są w Indiach symbolem i synonimem wegetarianizmu. Gdyby bowiem każdy Indus postanowił żywić się mięsem, dajmy na to krowim, to Indie nie dałyby rady wyprodukować mięsa dla ponad miliarda ludzi. (...) Okazuje się, że bardziej się opłaca hodować dla ludzi warzywa, owoce, zboża, ryż, niż poświęcić te pola na produkcję zielonej żywności dla krów. Wydawało mi się, że to fakt ogólnie znany i często pojawiający się jako argument w dyskusjach nt. wegetarianizmu. Kuriozalne jest jednak tłumaczenie, że krów się nie je w Indiach, ponieważ nie starczyłoby ich dla wszystkich. Kto, jak kto, ale przeciętny Indus mało się przejmuje tzw. "resztą". Konsumpcja innych dóbr, które nie kolidują kulturowo, rozwija się w zastraszającym tempie, i to bez względu na jej koszty dla środowiska. Jeśli Indus kupuje samochód, to cieszy się przede wszystkim, że go na niego stać, że jego życie będzie bardziej komfortowe czy, że sąsiedzi mu będą zazdrościć. Nie zastanawia się nad tym, jak fatalne w skutkach byłoby, gdyby każdy Indus posiadał samochód czy dwa. To jest typowe dla "wyposzczonych" krajów, które weszły na ścieżkę kapitalizmu: najpierw wszystko zachwyca, mami i tylko brak gotówki może stanąć na przeszkodzie w konsumpcji. Dopiero w państwach bogatych pojawiają się głosy "przesyconych" uświadamiających wpływ zachowań pojedynczej jednostki w skali makro. Ale ja przecież nie o tym chciałam... Wracając do Kreta: jego 5-letni związek (na odległość) z Indiami zrodził się z osobistego zauroczenia indyjską aktorką Tannishthą Chatterjee, która zresztą od czasu do czasu pojawia się na kartkach książki jako jego towarzyszka podróży czy delhlijskich eskapad. Dowiadujemy się także, że pomieszkiwał w domu jej rodziców i jego osobiste spostrzeżenia nt. życia delhijskiej rodziny klasy wyższej/średniej są, w moim odczuciu, najciekawsze. Bardzo podobał mi się opis poranka z wielokrotnie dźwięczącym dzwonkiem u drzwi i korowodem służących i sprzedawców, które przewijają się przez indyjskie domostwo każdego dnia. Ze współczuciem czytałam opisy upałów (chociaż obecnie mamy ich przeciwieństwo - oczywiście na miarę Delhi :) ). Gdy sięgnęłam po tą książkę dwa lata temu, jeszcze przed przyjazdem do Indii, odkrywcze były dla mnie tematy hidźrów czy polskich dzieci - uchodźców w Indiach. Chwała mu też za kilka stron poświęconych Bhutanowi. Pozostałe rozdziały, w których porusza problemy, np. małżeństw aranżowanych, sytuacji kobiet, indyjskich korporacji rodzinnych, hinduistycznych świąt czy wspomnianych już świętych krów, przypominają raczej wypracowania na zadany temat i to raczej powierzchowne. Na pierwszy kontakt z Indiami - ujdzie, ale co bardziej zorientowani czytelnicy i czytelniczki wynudzą się jak mopsy. Nie jestem specjalistką od Indii i nie wiem, na ile te informacje są rzetelne. Mi wpadła w oko mała... może nie pomyłka, ale nieścisłość. W rozdziale "Parę zdań o życiu kobiet w Indiach" wspomina słynną Królową Bandytów, Phoolan Devi twierdząc, że jest obecnie znaną działaczką polityczną. Phoolan Devi, owszem, BYŁA nią, ale nie żyje od 2001 roku (książka została wydana w 2009). "Moje Indie" to mieszanka takich właśnie mini-wykładów na podstawowe tematy i opowieści o osobistych przeżyciach podróżnika (lub turysty), a wszystko to podane w bardzo specyficzy sposób, który jednym się wydaje zabawny, innych przyprawia o apopleksje. Określiłabym go właśnie stylem "sympatycznego pogodynka", stylem osoby, która zarazem chce być słit i kul. Poniżej kilka próbek:
Coś Wam to przypomina? Może wypracowanie pierwszoklasisty? Albo polski dla początkujących? No właśnie, pytań retorycznych jest tam też mnóstwo:
Kret wciąż podkreśla swoje pozytywne nastawienie i nawet gdy początkowo nie był "dobrze nastawiony" do Waranasi, to "niewiele czasu trzeba, by zaczął pozytywnie nastawiać się do tego miejsca". O znajomych europejskich dziennikarzach, którzy przyjęli go w swoim delhijskim domu, pisze:
Jak można się spodziewać entuzjazmu po ludziach, którzy przeszli ciężką chorobę? Prawdę powiedziawszy, nie rozumiem tych wręcz histerycznych prób nawracania bliźnich na swego rodzaju "pozytywizm", co często się zdarza europejskim turystom w Indiach: myśl pozytywnie, nie zauważaj brudu, nędzy. Co? Nie chcesz jeść w tych warunkach? Ale z Ciebie mieszczuch! Mała dygresja: nigdy nie zauważyłam, żeby ktoś namawiał Indusa do zjedzenia steku wołowego ignorując jego kulturowe uwarunkowania. Natomiast notorycznie spotykam się z lekceważeniem tychże w stosunku do Europejczyków, którzy jakoś nie potrafią się delektować posiłkiem w brudnym otoczeniu. Kret ignoruje wskazówki znajomych, myje zęby wodą z kranu i dumny jest, że pomimo tego nie zachorował. Jak dla mnie - Stefek Burczymucha. Nie słucha nawet rad Indusów, którzy co prawda często kupują uliczne jedzenie, ale nie każde, nie wszędzie i nie o każdej porze roku! Tu uczciwie przyznaje, że konsekwencje się zdarzały :) Rozdział o higienie osobistej jest, jak dla mnie, wielką pomyłką. Myślę, że sama koncepcja czystości jest bardzo różna w kulturach Indii i Europy. Prześledzenie ich kształtowania się byłoby na pewno ciekawe, ale Kret woli "liznąć" temat pod hasłem: Indusi czyścioszki i Europejczycy brudasi (sic!) Zazwyczaj turyści mają odmienne wrażenie i niejeden zachodzi w głowę, dlaczego tu, do cholery, tak brudno?? Kret by to zapewne wyjaśnił negatywnym nastawieniem i niemożnością zrozumienia skomplikowanej indyjskiej duszy przez prostackich Europejczyków.
Podsumowując mój przydługi wywód: "Moje Indie" to książka zakochanego mężczyzny, a jak wiadomo, zakochani nie są w stanie odbierać obiektu swoich uczuć w sposób nawet zbliżony do obiektywizmu :))
środa, 19 października 2011
Sięgnęłam po tę książkę (a kosztowało mnie to trochę zachodu) po zachęcającym wpisie Chihiro. Znalazłam w niej niemal wszystko to, o czym pisze Chihiro i dużo więcej! Zapewne nie chciała zamieszczać spojlerów, żeby nie psuć przyjemności odkrywania historii na własną rękę. Obawiam się, że nie potrafię być tak powściągliwa, za co z góry przepraszam. The Elephanta Suite składa się z trzech dosyć rozbudowanych opowiadań, których wzajemne powiązanie jest zaznaczone w kilku epizodach, np. w drugim opowiadaniu bohater mija na drodze dziewczynę, której historia jest przedstawiona w trzecim tekście itp. Wspólnym, łączącym wszystkie teksty motywem jest, jak na Indie przystało, słoń, który jest zarazem postacią i dekoracją, rzeczywistością i metaforą. Przy całym moim zachwycie, muszę przyznać, że lektura pierwszego opowiadania, Monkey Hill, znudziła mnie nieco. Być może dlatego, że kilkutygodniowy urlop w najbardziej nawet luksusowym, ale zamkniętym SPA, o czym traktuje ten tekst, byłby dla mnie torturą. Amerykańskie małżeństwo około pięćdziesiątki tak właśnie spędza - pozornie razem - swój urlop w Indiach, przedłużając pobyt co piątek o następny tydzień. Wpadli w rytm posiłków, masaży, porannych zajęć jogi, leżakowania nad basenem, dnia zorganizowanego przez dyskretnych, ubranych w białe uniformy i miłych do bólu służących. Luksusowy hotel staje się schronieniem, oazą, światem samym w sobie. Nie lubię określenia "prawdziwe Indie" w odniesieniu tylko i wyłącznie do ciężkich warunków egzystencji biednych Indusów i dyskomofortu podróży mniej zamożnych turystów. Wszystko jest prawdziwe: i pełne blichtru SPA, i biedna wioska u jego bram, i przyjęcia w bajkowych sceneriach i uliczne kuchnie bez prądu i wody. Słysząc, że Indie są krajem kontrastów, można sobie wyobrazić, że te skrajne światy egzystują obok siebie, doskonale oddzielone murami, bramami i strażnikami. Fakt, w Indiach wkłada się dużo energii i pieniędzy w tworzenie tego typu "oaz", ale jednak nie są tak szczelne, jak by się wydawało. Kiedy ci, poruszający się na drugim planie, służący wchodzą w relacje z hotelowymi gośćmi, przynoszą ze sobą powiew świata "zza muru". Relacje te jednak, aczkolwiek stojące poza, a nawet przeciw normom hotelowym, nie wykraczają poza stereotyp. Audie ma już sporą praktykę w zdradzaniu żony. W trakcie masażu przypomina sobie swoje ex-kochanki i dziwi się, jak mogły utożsamiać pożądanie z miłością i budować na nim jakiekolwiek nadzieje na przyszłość. Jest przyzwyczajony do tego, że jego związki trwają dopóty, dopóki go bawią. Bierze, co chce i rzuca, kiedy chce. Z indyjską masażystką teoretycznie powino pójść jeszcze łatwiej. Dziewczyna sama wysuwa dwuznaczne propozycje i kusi, on wie, że ona jest na wyciągnięcie ręki i tak!, jak najbardziej jest zainteresowany. Odkrywa jednak, że jej flirtowanie nie ma nic wspólnego z pożądaniem, że dziewczyna robi to wbrew sobie. On po prostu jest jej jedyną nadzieją na wyrwanie się z nędznej egzystencji. Czar pryska. Tymczasem jego żona odnajduje panaceum na kryzys wieku średniego w postaci młodego i zapatrzonego w nią Indusa. Jakież jest jej zdziwienie, gdy, po dosyć żenującej randce, upomina się on o prezent! Beth jest święcie przekonana, że to raczej on ma u niej dług wdzięczności. Tak to zna z własnej kultury: mężczyzna "bierze", kobieta "daje". Zapomina, że w oczach chłopaka jest przede wszystkim stworem z innej planety o nieograniczonych zasobach pieniężnych, a wchodzenie w relacje z nią, zaspokajanie jej oczekiwań, to po prostu sposób, by coś z tego wręcz mitycznego skarbca uszczknąć. Dwight Huntsinger, protagonista opowiadania "The Gateway of India", przyjeżdża do Indii w sprawach służbowych, wbrew własnej woli. Czas spędza wyłącznie w biurze i w najlepszym apartamencie najlepszego bombajskiego hotelu. To, co widzi przez okno, napawa go obrzydzeniem. Jego jedynym posiłkiem staje się tuńczyk w puszce, którego zapas przywiózł we własnej walizce. Prawdę powiedziawszy, motyw ten, aczkolwiek bardzo symboliczny, wydaje mi się mało prawdopodobny. O ile mogłabym zrozumieć, że w wielu miejscach w Indiach higiena posiłków pozostawia do życzenia, o tyle jestem święcie przekonana, że w pięciogwiazdkowych hotelach można wyśmienicie zjeść i każdy znajdzie coś dla siebie, a cena, o ile rozumiem, nie odgrywała w jego przypadku żadnej roli. Sama pamiętam swoje przerażenie pierwszego dnia w Delhi, kiedy nic, absolutnie nic nie wydawało mi się jadalne. Jedynym moim posiłkiem tego dnia był czekoladowy muffin w sieciowej kawiarni, spożyty zresztą bez żadnego entuzjazmu, zwłaszcza po tym, jak przed samym nosem przebiegł mi karaluch. Biorąc więc pod uwagę fobie Huntsinger’a, trudno uwierzyć, że z własnej, nieprzymuszonej woli wybrał się na spacer po slumsowatych ulicach Bombaju. Jednak to zrobił, jak również zgodził się pójść za przypadkowo poznanymi osobami do, jak się okazało, burdelu zatrudniającego nieletnie prostytutki. To doświadczenie otworzyło go nie tylko na odtrącaną i pogardzaną do tej pory stronę indyjskiej rzeczywistości, ale wręcz uzależniło go od niej. Trudno postronnemu czytelnikowi zrozumieć amok, w jaki popadł bohater, który od tej pory wręcz zabiega o skierowanie do Bombaju, gdzie żyje w „związku” z dwiema dziewczynkami, a pośrednio utrzymuje również ich bliskich. Ten argument służy mu zresztą jako wymówka przed sobą samym. Oszukuje się, że zmienił się za sprawą Indii, w Stanach byłby innym człowiekiem. Jednocześnie fascynuje się dżainizmem, który poznaje poprzez swojego najbliższego indyjskiego współpracownika. Shah jest człowiekiem żelaznych zasad, zgodnie z wyznawaną przez siebie religią nie je niczego żywego, a nawet niczego, co mogłoby zawierać żywe istoty, choćby najmniejsze. Jeśli jabłka, to tylko zbierane spod drzewa, nigdy zrywane itp. Podczas, gdy Huntsinger coraz bardziej zatapia się w swoich namiętnościach, odsuwając obowiązki zawodowe na dalszy plan, Shah ekspanduje, nabiera znaczenia, rozpędu i władzy. Traci przy tym szacunek do Huntsingera, uważa, że jego religia daje mu prawo do uznania swojej wyższości nad „zagubionym” Amerykaninem. Mamy tu dwie figury, niejako reprezentantów Wschodu i Zachodu. „Zachód” staje bezradny wobec indyjskiej rzeczywistości, traci swoją tożsamość, podczas, gdy „Wschód” natrafia na Zachodzie na żyzny grunt dla swoich ambicji, przy czym czuje się moralnym zwycięzcą. Zakończenie dopisuje jednak pointę, która nieco burzy ten czarno-biały obraz. Jest też trzeci tekst, ale nie będę go już rozbierać na czynniki pierwsze. Powiem tylko, że z czystym sumieniem mogę polecić książkę każdemu, kto chciałby zobaczyć Indie bez różowych okularów, Indie nie oślepiające błyskotkami, Indie z perspektywy "obcego", bo - nie oszukujmy się - to jedyna dostępna nam tu perspektywa - czy tego chcemy, czy nie.
sobota, 17 września 2011
1975-1979 - Hong Kong 1979-1984 - Chiny 1984- 1985 - Hong Kong 1985-1990- Tokio 1990 - 1994 - Bangkok od 1994 - Nowe Delhi. To tylko miejsca, w których mieszkał Tiziano Terzani, europejski korespondent w Azji przez ponad 30 lat. Kraje, które w tym czasie odwiedził, trudno zliczyć. "W Azji" to zbiór wybranych tekstów z lat 1965 (pierwsza podróż do Japonii, jeszcze jako reprezentant firmy Olivetti) - 1998, który nie tylko daje świadectwo wszechstronnej znajomości problematyki azjatyckiej autora, ale przede wszystkim jego wielkiej pasji do tego kontynentu i jego mieszkańców. Wojna wietnamska (zwana w Wietnamie wojną amerykańską), śmierć Mao Zedonga, przejęcie Hong Kongu przez Chiny, śmierć japońskiego cesarza Hirohito, obalenie filipińskiego dyktatora Marcosa - Terzani jest wszędzie, gdzie dzieją się rzeczy ważne, epokowe, wstrząsające światową historią. Patrzy na nie z bliska i patrzy na nie z perspektywy ludzkiej, z perspektywy ich uczestnika. Jeśli dodać do tego malownicze, wręcz poetyckie opisy (chociaż w niektórych przypadkach raczej turpistyczne), można mieć niemalże wrażenie uczestniczenia w opisywanych wydarzeniach. Kilka tekstów poświęca opisom odmiennej codzienności - szczególnie tej japońskiej. Widać jednak, że żywiołem Terzaniego jest dziennikarstwo wojenne, sytuacje ekstremalne, przewroty i rewolucje. Sam twierdzi, że tęskni "za przygodą", jakkolwiek wątpliwie etycznie brzmi to określenie w odniesieniu do np. rzezi niewinnych ludzi. To takie "męskie" dziennikarstwo, które potrzebuje adrenaliny i silnych emocji. Terzani nie kryje swojego emocjonalnego stosunku do Azji, leży mu na sercu jej przyszłość. Obserwuje zachodzące zmiany cywilizacyjne z troską. Widzi, jak szybko i łatwo przejmowane są najgorsze "zdobycze" Zachodu, jest świadkiem upadku lokalnych kultur. Szczególną rolę w obronie wschodniej "duchowości" przed zachodnim "materializmem" przypisuje Indiom. Mawiał:
Dzisiaj, po 14 latach od napisania tych słów i 7 latach od śmierci Terzaniego, jesteśmy świadkami dzikiego pędu indyjskiego społeczeństwa w kierunku, którego się obawiał. Shopping stał się jedną z ulubionych rozrywek bogacącej się (choć stosunkowo niezbyt licznej) klasy średniej. Importowane dobra, choć obłożone wysokimi cłami i często droższe niż na Zachodzie, są nowymi obiektami pożądania. Można kupić nawet Barbie w indyjskich strojach regionalnych! Jeśli kogoś stać na rower, marzy o motorze, posiadacz motoru już myśli o samochodzie, a dumny kierowca Taty Indica marzy o Toyocie Innova. Tiziani przytacza słowa sąsiada, któremu skarży się na nieudolne instalowanie telefonu:
Dzisiaj to już nieaktualne. Ceny rosną jak oszalałe, w umowach o wynajem zawarty jest punkt o corocznej podwyżce czynszu o 10 %, cena usług taksówek wzrosła w ciągu ostatniego roku o ok. 20%, o tyle samo ma wzrosnąć energia elektryczna, choć jakość i częstotliwość jej dostaw nie zmienia się wcale na lepsze. Kawa w sieciówkach kosztuje od ok. 6 PLN, kieliszek wina ponad 30, środki czystości i kosmetyki są często droższe niż na Zachodzie. Nie, dzisiaj czas to stanowczo za mało w Indiach, potrzebne są RÓWNIEŻ pieniądze! Wbrew temu, co twierdzi Terzani, nie sądzę, aby w ogóle istniała opozycja między "indyjską kulturą", a "zachodnim materializmem". Czytałam nieraz samych Indusów, że ta duchowa otoczka Indii, przypisywana im przez grono ich zachodnich wielbicieli, co prawda mile łechce ich ego, ale z rzeczywistością nie ma wiele wspólnego. Indusi to zazwyczaj ludzie mocno stąpający po ziemi. Jeśli w grę wchodzą pieniądze, najbardziej pobożni odkładają religię na bok (np. nasz broker pracował w święta, bo, jak sam przyznawał, biznes jest biznes). A takiego skąpiradła, jak babka Veena, nie widziałam w życiu :) Spotkałam się też z opinią, że samo bogacenie się nie stoi w sprzeczności z hinduizmem. Wprost przeciwnie! Myślę zatem, że Terzani w swoim wręcz panicznym strachu przed nowoczesnością i postępem, niesłusznie utożsamia Zachód z materializmem niszczącym jak walec tradycyjne wartości. To jest duże uproszczenie, które, jak zauważyłam, często charakteryzuje np. Europejczyków mieszkających od kilkudziesięciu lat w Indiach. Wydaje się, że w miarę poznawania i przyswajania nowej kultury, ich własną zaczynają postrzegać coraz bardziej schematycznie. Mimo tego, że nie podzielam antypostępowej histerii Terzianiego, gorąco polecam "W Azji" każdemu. Choć upłynęło już sporo czasu od napisania tych tekstów, czyta się je z nie mniejszym zainteresowaniem. Dodatkowo tłumaczka uzupełnia tu i ówdzie informacje o dalszym przebiegu niektórych wydarzeń. Jest to też świetna książka "do torebki". Pojedyncze teksty są krótkie i na tyle wciągające, że można się na nich skupić podczas krótkiej jazdy autobusem czy metrem.
wtorek, 13 września 2011
Uczciwie uprzedzam, że z gruntu nie lubię bollywoodzkich produkcji. Oczywiście zdaję sobie sprawę, jaką rolę pełnią w TEJ kulturze, że taniec ma TUTAJ ogromne tradycje itp. Nie zmienia to jednak faktu, że jestem produktem kultury zachodniej, mam inne wyobrażenie o kinie, a "Bollywoody" wydają mi się schematyczne, kiczowate i pełne taniego sentymentalizmu. Czyli, jak to się mądrze określa: eskapistyczne. Ktoś, kto chciałby przez bollywoodzkie okienko zajrzeć na indyjskie podwórko, zastanie w nim mnóstwo koronkowych (i kolorowych) firanek, przez które trzeba porządnie wytężać wzrok. Jednocześnie Indusi sami chętnie poznają odległe kultury poprzez ich kinomatografie. Opowiadał mi kiedyś pewien Polak pracujący na delhijskim uniwersytecie, że jego studenci cenią sobie społeczną tematykę polskiego kina. Ja z kolei musiałam tłumaczyć się z problemu uprowadzanych do niemieckich burdeli Polek, gdyż telewizja namiętnie pokazywała film "Masz na imię Justyna" (filmy są tu powtarzane chyba kilkaset razy, czasami na przestrzeni miesięcy) . Czasami się jednak skuszę na "Bollywood", zwłaszcza, gdy temat wydaje się być interesujący, a wokół wszyscy namawiają. Zindagi Na Milegi Dobara (czyli dosłownie życia nie można przeżyć jeszcze raz) opowiada o kawalerskiej podróży po Hiszpanii trójki przyjaciół (Indusów). Jeden z nich, Kabir, zamierza poślubić swoją luksusową (torba za 12 tys. eur!) narzeczoną Natashę po tym, jak dosyć niefortunnie i niechcący się jej oświadczył. Nie dziwi więc, że podróż odbywa w nastroju straceńca idącego na śmierć. Towarzyszą mu przyjaciele z dzieciństwa: Ardźun, pracoholik robiący karierę finansisty w londyńskim City oraz Imraan, copywriter i poeta. Dzieło jest pomyślane jako klasyczny film drogi, podczas którego bohaterowie przechodzą wewnętrzną ewolucję, swoje prywatne katharsis, a wszystko kończy się (jakże by nie!!) happy endem i ślubem - niekoniecznie tym, który był pretekstem do podróży. Wiem, zaserwowałam kilka spoilerów, ale chyba nikt nie ogląda Bollywoodu dla zaskakujących fabuł. Końca można się domyśleć najpóźniej w 20-ej minucie filmu. Oprócz trójki wyżej wymienionych bohaterów, niekwestionowaną gwiazdą filmu jest Hiszpania. Hiszpania w oczach Indusów - dodajmy. Jak na bollywoodzką gwiazdę przystało, jest wy-make-up-owana do granic możliwości, brzęczy świecidełkami i olśniewa błyskotkami. Jeśli hotel - to tylko z najwyższej półki, jeśli wynajmowany dom - tylko dizajnerski nad brzegiem morza, samochody - wyłącznie stylowe kabriolety, w ostateczności drogie terenówki. Przyjaciele przemierzają nimi hiszpańskie drogi, na których nie uświadczysz ani jednego samochodu. Bezkresne przestrzenie niewątpliwe są bardzo malownicze, ale "ożywienie" ich galopującymi wzdłuż drogi końmi (WTF?) spowodowało u nas wybuch gromkiego śmiechu :) W programie wycieczki były takie atrakcje, jak nurkowanie (coś mi się wydaje, że kręcone w Egipcie), skakanie ze spadochronem, udział w pomidorowej bitwie (tomatina) i gonitwie z bykami (San Fermín) w Pampelunie. Pomińmy ten szczegół, że San Fermín trwa od 7ego do 14ego lipca, a tomatina odbywa się w ostatnią środę sierpnia (w filmie kolejność jest odwrotna). Ważne, że "zaliczyli" dwie najbardziej turystyczne "akcje" Hiszpanii. W Indiach Tomatina jest traktowana głównie jako hiszpańska wersja Holi, o czym ochoczo przypomina też indyjska prasa. Na próżno jednak wypatrywać skarbów iberyjskiej architektury czy sztuki. No cóż, liczy się przecież fun. Tutaj muszę zrobić małą dygresję do specyficznego poczucia humoru trójki bohaterów. Otóż największą radochę sprawiało im zgrywanie się z miejscowych, niestety raczej na poziomie uczniów podstawówki, i to tych bardziej rozwrzeszczanych. Nawet narzeczona Natasha upomina ich, przyznając: "Nie dziwne, że później my, Indusi mamy taką złą opinię". Swoją drogą ten problem "odbijania wakacyjnej szajby" najstateczniejszym ojcom rodzin i najpoważniejszym na codzień krawaciarzom nie dotyczy tylko Indusów, nie oszukujmy się. Niestety jeden z autochtonów nie wykazał się poczuciem humoru ani zrozumieniem i skończyło się na tym, że turistas mieli okazję podziwiać również hiszpańskie więzienie od środka. Incydenty te były niemal jedynymi momentami, kiedy w ogóle w kadrze pojawiali się Hiszpanie. Jedyna osoba, którą poznają bliżej, to blondwłosa Nuria, która nie mówi ani słowa po angielsku, za to chętnie nawiązuje intymne kontakty z jednym z kolegów. Główna kobieca postać - poznana na plaży instruktorka nurkowania - to pół Induska, pół Brytyjka. Jak wiadomo, w Hiszpanii Indusek jest zatrzęsienie, zwłaszcza na plażach ;) Można je poznać m.in po tym, że jako jedyne opalają się w sukienkach... No cóż, chyba Bollywood jeszcze nie jest gotowy na to, żeby pokazywać swoje gwiazdy w bikini. Za to był POCAŁUNEK, co odnotowali niektórzy fani (a może raczej fanki). W Indiach film podobał się bardzo, zarówno publiczności, jak i krytyce. Osobiście znam dziewczynę, która była na nim w kinie 3 razy! W takich momentach czuję, że moje zrozumienie odmiennych kultur dochodzi do ściany :)
Poniżej "egzotyczny" mix: Bollywood i flamenco. Uwaga, duże natężenie kiczu, lukr spływa po ekranie. W dodatkach do DVD nt. kręcenia filmu przewija się przez moment starsza kobieta, która dobrodusznie stwierdza: "Es todo muy verde, muy inmaduro..." (to wszystko jest bardzo zielone, bardzo niedojrzałe). No cóż, nie od dzisiaj jestem fanką hiszpańskich staruszek :)
czwartek, 07 kwietnia 2011
Czytanie zaczęłam od tzw. lekkich, łatwych i przyjemnych oraz najmniej zaawansowanych „krajoznawczo” – po pierwsze, żeby się szybko z nimi rozprawić i „mieć z głowy” – po drugie, w odwrotnej kolejności mogłyby się okazać już nie do strawienia. Na pierwszy rzut poszła opowieść Marzeny Filipczak o jej półrocznej samotnej podróży do kilku azjatyckich krajów pod tytułem „Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet”. Mogę potwierdzić, że jest to książka o jeżdżeniu. Na okładce widać uroczy kolorowy autobus, a większość chyba tekstu jest opisem różnych środków lokomocji, przemieszczania się nimi, niewygód w nich, kupowania biletów na nie, targowania się o cenę powyższych. Pod koniec książki już nie pamiętałam, na jakiej to górskiej ścieżce i który się popsuł, gdzie ktoś wymiotował przez okno, a gdzie ktoś inny chrapał. Nawet dialogi obrazujące specyfikę zakupu biletów np. w Indiach, wywoływały wrażenie Déjà vu. Wbrew tytułowi nie jest to jednak przewodnik, chociaż druga część ma charakter poradnika. Szybko się tę książkę czyta i, niestety, jeszcze szybciej zapomina. Głównie jest to winą kompozycji, a raczej braku jakiegokolwiek na nią pomysłu. Nie jest tajemnicą, że jej pierwsza część powstała na podstawie blogu, który początkowo był zlepkiem maili autorki wysyłanych do jej przyjaciółek, a potem pisanym już przez nią samą na bieżąco w podróży. Niestety, książka ma wady blogu przy jednoczesnym braku jego zalet. O ile bowiem w zapiskach „w drodze” nie razi ani kolokwialny język, ani powtórzenia, ani nawet powierzchowność ujęcia jakiegoś tematu, o tyle w książce drukowanej, owszem, tak. Co rusz czytelnik/czka potyka się o zwroty typu: „często gęsto”, „rozwaliło mnie”, „lokalesi”, "rządzi kurczak" (to o malezyjskiej kuchni), „dawka wścieklizny”. Dziwi tym bardziej, że autorka ma za sobą dziennikarską karierę (w tym na stanowisku redaktor naczelnej). Oprócz bogatego słownictwa brakuje jej nawet reporterskiej ciekawości. O ile w blogu śmiało można napisać, że jadło się coś, "co wygląda jak gruszka, a smakuje jak słodka kalarepka" i liczyć na to, że ktoś podpowie nazwę, w książce wypadałoby już tę nazwę znać. Lub nie pisać wcale. Z drugiej nie ma tu świeżości pierwszego spojrzenia, detalu, "pierwszego planu". Nawet perspektywy czasowe są przemieszane. Jeśli czytam zdanie: "Połowę czasu w Indiach spędziłam w autobusach i zaczynam coraz bardziej to lubić, choć nieraz potrafią dać w kość", to nie wiem, czy jest ono pisane po wyjeździe z Indii ("spędziłam"), czy w trakcie pobytu ("zaczynam to lubić"). Druga część podobała mi się bardziej - tu już treść była bardziej uporządkowana tematycznie, aczkolwiek, z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że nie wszystkie informacje dotyczące Indii znajdują potwierdzenie w Delhi (np. brak salonów fryzjerskich), gdzie autorka była tylko przejazdem. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi o książkach
Ja
Nagrody literackie
|